Polski Deutsch

Jesteś niezalogowany
NOWE KONTO



ä ß ö ü ą ę ś ć ł ń ó ż ź

Nie znaleziono żadnego obiektu
Szukaj Wyczyść

 
 
 
 
Hitlerowskie obozy koncentracyjne i więzienia na Dolnym Śląsku
Autor: (o¿o)°, Data dodania: 2005-09-29 10:41:21, Aktualizacja: 2005-09-29 10:41:21, Odsłon: 2016

Na podstawie artykułu Aleksandra Kubisiaka pod tym samym tytułem w Roczniku Wrocławskim 1961
Gross-Rosen - cmentarz 40 000 zamordowanych

Konzentrationslager Gross-Rosen -obóz koncentracyjny w Rogoźnicy powstał stosunkowo późno. Jego początki sięgają roku 1940. 2 sierpnia 1940 przybył do Gross-Rosen, na teren obok kamieniołomu, pierwszy transport więźniów. Ich zadaniem było zbudować obóz. Kamieniołomy stanowiły własność znanej rodziny obszarniczej na Dolnym Śląsku - Richthofenów. Na początku wojny od Richthofenów kamieniołom nabyła firma zwana w skrócie DEST: Deutsche Erdund Steinwerke GmbH. Było to przedsiębiorstwo założone przez przywódców i oficerów SS.

Pierwszy transport więźniów skierowano do Gross-Rosen z obozu w Sachsenhausen. Transport składał się z 98 Polaków i 2 Niemców-kryminalistów. Komendantem eskorty był SS-Scharfuhrer Anton Thuman, w dwa lata później odkomenderowany jako Lagerfuhrer do obozu zagłady w Majdanku. Przysłana do Gross-Rosen grupa miała przygotować urządzenia niezbędne do przyjęcia większej ilości więźniów. Wkrótce potem do prowizorycznego jeszcze obozu, który w początkowym okresie swego istnienia stanowił filię obozu w Sachsenhausen, zaczęły napływać transporty z Buchenwaldu, Dachau itd.

Gross-Rosen był pierwszym obozem na Dolnym Śląsku. Przed jego założeniem ludzi aresztowanych przez wrocławskie Gestapo wysyłano - jak wynika z zachowanej statystyki aresztowań -do obozów: w Sachsenhausen, Flossenburgu i Dachau. Do zorganizowania obozu na terenie naszego województwa przyczynił się niewątpliwie fakt, że od połowy r. 1940 ilość aresztowanych przez tutejsze Gestapo cudzoziemców raptownie wzrasta. Oto liczby: w październiku 1939 aresztowano 2 cudzoziemców,w grudniu - 3. W roku 1940 rzecz wygląda już następująco: kwiecień - 30, maj - 54, wrzesień - 71. Cudzoziemcy ci to przeważnie Polacy przywiezieni tu na przymusowe roboty i zatrudnieni w przedsiębiorstwach wrocławskich. Korzystali z nadarzającej się niekiedy możliwości ucieczki i powrotu do swych rodzin. Gross-Rosen miał ich - jak należy sądzić - przed chęcią ucieczki ostrzegać.

Pierwszy transport więźniów aresztowanych przez wrocławskie Gestapo trafił do Gross-Rosen w styczniu 1941. Przesłano tam wówczas 5 osób. Następne transporty z pewnością były większe. Można tak wnioskować np. z dokumentu zatytułowanego Tagesrapport i zawierającego dane o aresztowaniach przez wrocławskie Gestapo w okresie od 1 do 31 lipca 1941. Otóż z powodu - "odmowy pracy" (Arbeitsverweigerung) aresztowano wówczas 420 osób: 9 Ukraińców, 9 Słowaków, 5 Chorwatów, 3 Czechów, 2 Serbów, 2 Niemców i 390 Polaków. Wielu z nich znalazło się potem bez wątpienia w Gross-Rosen.

Początkowy okres organizacji obozu był najstraszliwszy. Panował dotkliwy głód i niesamowity terror, wprowadzony przez Thumana. Praca była ponad siły, życie prymitywne: w nie wykończonych barakach brakowało łóżek, nawet sienników, bieżącej wody i mydła. Paczki, które w następnych latach stanowiły cenne uzupełnienie głodowych racji obozowych, nie dochodziły.

Do pracy w kamieniołomach wypędzano również w niedzielę i święta, niekiedy także w nocy. Pomoc lekarska praktycznie nie istniała. Kto był słaby lub chory, umierał. Jak wynika z zeznań świadka Jana Piegży, złożonych przed Główną Komisją do Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce3, z transportu, w którym został on przywieziony do Gross-Rosen w maju 1942 i który liczył 1500 więźniów, do końca grudnia przy życiu zostało zaledwie 50 osób.

Do pracy w kamieniołomach wychodzili więźniowie o godz. 6 rano, ale już dwie, a czasem trzy godziny wcześniej na dźwięk gwizdków zrywali się ze snu. Po pobudce następowało tzw. Bettenbau, słanie łóżek - o ile to, na czym spali więźniowie, można nazwać łóżkami. Zbiórka odbywała się na placu apelowym. Tej ponurej ceremonii towarzyszyły zawsze wrzaski: - Mützen ab!", - Mützen auf!", lżenie, bicie i kopanie. Zabójcza praca w kamieniołomach trwała, z jednogodzinną przerwą obiadową, do 6-7 wieczór. Ludzie wykańczali się bardzo szybko. W początkowym okresie istnienia obozu więzień nie wytrzymywał dłużej niż 5-6 miesięcy. Wyżywienie - jak wynika z zeznań byłych więźniów Gross-Rosen: Dolińskiego, Hałgasa, Smolana, Mastykarza i Swięcickiego - było zupełnie głodowe. Kazimierz Hałgas podaje:

śniadanie składało się z około 1/2 litra bardzo wodnistej zupy, drugie śniadanie (tylko dla ciężko pracujących) z 50 gramów chleba i plasterka końskiej kiełbasy. Obiad zawsze z wodnistej zupy w ilości około 1 litra, na osobę. Przyrządzano ją najczęściej z suszonej albo świeżej brukwi, czasem z kartofli albo grochu, w lecie zaś ze zwykłych zielonych liści kapusty, karpieli i buraków. Dodatek kartofli w zupach był minimalny. Kolację stanowiła dzienna porcja chleba w ilości około 300 gramów oraz kilka razy w tygodniu - i nie stałe - dodatki w postaci 50 gramów margaryny lub tyle samo końskiej kiełbasy. Te właśnie dodatki były przedmiotem złodziejstwa ze strony SS-manów. Byłem wielokrotnie świadkiem, jak z kuchni więźniów wysyłano niemieckiemu lekarzowi Willi Jobstowi, rzekomo dla psa, całe półkilogramowe kostki margaryny, zwoje kiełbas i inne rzeczy. Tak samo czynili inni SS-mani. Na tej podstawie twierdzę, że wyżywienie więźniów w praktyce daleko odbiegało od wyznaczonych, nawet w warunkach obozowych, wartości kalorycznych. Według obliczeń, które niejednokrotnie czyniłem, na więźnia przypadało na dobę około 1600 do 1800 kalorii, a dla tych, co nie dostawali drugiego śniadania, około 1400 kalorii. Ponieważ należało każdego więźnia traktować tu jako jako ciężko pracującego, niedobór w kaloriach wynosił zatem codziennie około 2000. Nic dziwnego, że w tych warunkach okres życia więźnia nie otrzymującego paczek wynosił około 3 do 4 miesięcy.


Zsyłano do Gross-Rosen głównie - "przestępców politycznych". Obóz miał złą sławę nawet wśród SS. Był stosunkowo nieduży, ale istniejące tu warunki stawiały go w rzędzie najgorszych obozów III Rzeszy. Wynika to m. in. także z pisma Heydricha adresowanego 2 stycznia 1941 do placówek Gestapo, komendantów Sipo i SD, inspektorów obozów koncentracyjnych oraz pełnomocników Sipo i SD w Krakowie i w Pradze. W piśmie tym Gross-Rosen zostaje zaliczony do III, tzn. najgorszej grupy obozów, w której panować mają najcięższe warunki. Do grupy I, jak widać z pisma Heydricha, zaliczali hitlerowcy Dachau, Sachsenhausen i Oświęcim I - przeznaczali te obozy dla "więźniów mniej obciążonych i rokujących poprawę oraz dla i wypadków szczególnych i dla izolacji". W grupie la znalazł się powtórnie Dachau - chodzi o ogromne plantacje zielarskie, do których polecano ,,kierować ludzi starszych, ale jeszcze zdolnych do pracy". W grupie II, dla - poważnie obciążonych, ale możliwych do poprawy", znajdował się Buchenwald, Flossenburg, Neuengamme i Oświęcim II. W grupie III, dla - "poważnie obciążonych i nie rokujących nadziei na poprawę", widnieje -obok Mauthausen - obóz w Gross-Rosen.
Powyższe rozróżnienia istniały oczywiście tylko na papierze - w praktyce we wszystkich obozach było w istocie jednakowo ciężko - fakt jednak, że Gross-Rosen już z góry został pomyślany jako lagier III kategorii, ma swoją wymowę. Z relacji bez mała wszystkich osób, które przeszły przez piekło w Gross-Rosen, wynika, że śmiertelność wśród więźniów była niezwykle wysoka. Jakkolwiek - powtórzmy - obóz był stosunkowo niewielki, obliczony na 10 000 do 12 000 więźniów, przewinęło się przezeń - według sporządzonego na podstawie zeznań świadków raportu Komisji do Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce6 - co najmniej 125 000 osób. Najliczniejszą grupę uwięzionych stanowili Polacy, następnie Rosjanie, Ukraińcy, Serbowie, Czesi. Znalazło się tu także wielu Francuzów, Belgów, Niemców, żydów, Holendrów, Austriaków itd.

Niestety, dokumenty kancelarii obozowej, które pozwoliłyby dokładniej ustalić liczbę ofiar Gross-Rosen, zostały na wiosnę 1945 zniszczone. Z ocalałych resztek, i z zeznań świadków, wynika, że obóz był m. in. miejscem masowej eksterminacji radzieckich jeńców wojennych. Zachowało się np. pismo władz SS z Poznania, które brzmi następująco:

Poznań, 15 grudnia 1941

Do komendanta obozu w Gross-Rosen
Dotyczy: egzekucji sowieckich jeńców wojennych

Istnieje podejrzenie, że w obozie jeńców wojennych w Wollstein [Wolsztyn, przyp.] wybuchł wśród jeńców rosyjskich tyfus plamisty. Z tego powodu szef Sipo i SD zarządził telefonicznie, aby wszyscy jeńcy zostali wyselekcjonowani i dostarczeni do Waszego obozu celem wykonania na nich egzekucji.
Z tego względu kierujemy do Was w dniu 16 grudnia około 180 jeńców wojennych. Należy liczyć, że transport przybędzie między godziną 17 a 18.


Z zeznań świadków wynika, że w końcu 1941 r. przywieziono do Gross-Rosen transport jeńców radzieckich liczący 2500 osób, inny zaś świadek, Targalski, stwierdził, że w czasie jego przybycia do obozu, tj. w marcu 1943, znajdowało się ich tam już zaledwie kilku. Częściową wiadomość o ich losie uzyskać można z odnalezionych w roku 1960 trzech tomów obozowej "Księgi zgonów", gdzie odnotowywano śmierć więźniów Gross-Rosen. Są to tomy: 4, 5 i 6. Oprawione w czarną, sztywną okładkę, zawierają formularze aktów śmierci sporządzanych przez Urząd Stanu Cywilnego Gross-Rosen II. Wszystkie tomy dotyczą roku 1942 i obejmują kolejno czas: tom 4 - od 25 października do 4 listopada, tom 5 - od 4 do 14 listopada, tom 6 - od 14 listopada do 10 grudnia. Z ostatniego tomu wyrwanych zostało około 50 formularzy.
W akcie zgonu podane jest, imię i nazwisko, data i miejsce urodzenia, zawód, niekiedy dane dotyczące rodziców zmarłego, przyczyna zgonu oraz informacja, że akt sporządzony został - na pisemny wniosek lekarza Willi Jobsta w Gross-Rosen". Jakkolwiek brak tu informacji o narodowości zmarłych, nietrudno ją określić na podstawie reszty wymienionych szczegółów. Analizując zachowane akty zgonu pod kątem narodowości jeńców, stwierdzamy, że spośród 1155 zmarłych w ciągu owych 46 dni (od 25 października do 10 grudnia) 1942 r. obywatele radzieccy stanowią przeszło 95%. Drugą co do ilości grupą są Niemcy. Znajdujemy tu także nazwiska kilku Polaków. W tomie 4: ,,student Ryszard Chmielewski, ur. 5 III 1922 we Włocławku, zam. w Warszawie"; w tomie 6: - rolnik Władysław Szast, zam. w Starachowicach, pow. Iłża, ul. Kościelna 48"; - robotnik Czesław Sokołowski" itd. W rubryce określającej przyczynę śmierci Władysława Szasta podano: - egzekucja wykonana 26 V 1942", zaś akt zgonu sporządzony został dopiero 24 listopada tegoż roku. Zwłoki zmarłych palono w krematorium, istniejącym w zachodniej części obozu. Pierwotnie było to krematorium nieduże, opalane mazutem, później jednak piec okazał się z pewnością za mało wydajny, postawiono więc krematorium czterokomorowe (wysadzono je w powietrze tuż przed opuszczeniem obozu przez SS). Prochy spalonych wyrzucano do dołu w pobliżu budynku.
Przybliżone pojęcie o warunkach bytowania więźniów Gross-Rosen daje nam dodatkowo zestawienie wymienianych w formularzach aktu zgonu przyczyn śmierci.
Zestawienie przyczyn śmierci więźniów Gross-Rosen w okresie 25 X - 10 XII 1942, według zachowanych tomów "Księgi zgonów":

Przyczyna śmierci:

Kreislaufschwache [osłabienie krążenia krwi] - 932
Sepsis [posocznica] - 67
Auf der Flucht erschossen [zastrzelony podczas ucieczki] - 142
Exekution [egzekucja] - 2
Selbstmord, Freitod [samobójstwo] - 2
Herzanschlag [udar serca] - 5
Blindarmentzundung [zapalenie wyrostka] - 1
Körperschwäche [słabość fizyczna] - 3
Typhus - 1


Obóz w Gross-Rosen był ciągle rozbudowywany. Punkt kulminacyjny przypadł pod tym względem na koniec roku 1944. Kierowano tu wówczas transporty więźniów z obozów likwidowanych w Polsce. Dla oświęcimiaków zaczęto jesienią 1944 budować na północno-zachodniej części zbocza obóz specjalny, wydzielony od starego, tzw. filię oświęcimską. W ostatnim okresie wojny, w niesłychanie ciężkich i prymitywnych warunkach żyło w Gross-Rosen około 36 000 więźniów. W grudniu 1944 i styczniu 1945, kiedy ruszył front nad Wisłą, rozpoczęto także pospieszną ewakuację obozu w Gross-Rosen. Każdego dnia odchodziły teraz transporty więźniów, kierowane do lagrów w głębi Rzeszy: Buchenwaldu, Gusen, Sachsenhausen, Flossenburga itd. Przebieg ewakuacji opisuje jeden z byłych więźniów, profesor Andrzej Waksmundzki:

Ewakuacja została zarządzona na początku lutego 1945 - pieszo i pociągami. Kto podczasmarszu pozostawał, bo dalej nie miał siły iść, tego SS-mani zabijali. Ja wyjechałem w drugim dniu, wraz z transportem kobiet i rekonwalescentów ze szpitala. Na stacji załadowano nas do wagonów otwartych (węglarek), po 130-150 osób w wagonie. Ciżba była tak wielka, że nie można było usiąść, a wskutek tego i zasnąć. Transport był w drodze przez 5 dni i tyleż nocy. W tym czasie nie dostaliśmy nic do jedzenia ani do picia. Z nastaniem zmierzchu, aby sterroryzować więźniów. SS-mani strzelali koło wagonów, a często i do wagonów. Za dnia urządzali nam "sport", tak że słabsi zostali zadeptani przez tłum. Z pragnienia i niewyspania było wielu obłąkanych. W Norymberdze uporządkowano wagony i wyniesiono trupy. Zapełniono nimi trzy lory .


W roku 1961 na terenie "filii oświęcimskiej" dokonano makabrycznego odkrycia: 5 kwietnia, po paru dniach deszczu, obsunęła się ziemia, ujawniając masowy grób rozstrzelanych więźniów. Przybyli na teren obozu przedstawiciele prokuratury, medycyny sądowej oraz Głównej Komisji do Badania ZbrodniHitlerowskich w Polsce stwierdzili, że w grobie znajdują się kości i czaszki 78 ludzi. Zachowały się jeszcze strzępy więziennych pasiaków, resztki chodaków drewnianych, przeżarte rdzą miski i łyżki oraz 4 blaszki metalowe z wytłoczonymi numerami: R-16237, 23395,36156, 41265.
Na czaszkach i na niektórych kościach szkieletów zauważono ślady postrzałowe. Na kilku czaszkach widnieją, jak stwierdza protokół, ślady "po urazach zadanych przedmiotami tępokrawędziastymi". Zamordowani byli ludźmi młodymi. Doktor Bolesław Dadej z Zakładu Medycyny Sądowej AM we Wrocławiu tak określa ich wiek: w chwili śmierci 4 zamordowanych miało poniżej 20 lat, 69 - 20-30 lat, tylko 5 - powyżej 40 lat. Na podstawie zmian tkanki kostnej ustalono, że zwłoki zostały zakopane bez wątpienia przed 15, ale nie wcześniej niż przed 20 laty. Zamordowani więźniowie zginęli, jak się przypuszcza, w ostatnim okresie likwidacji obozu. Stanowili prawdopodobnie jakieś Aussenkommando, które za późno zostało ściągnięte do lagru macierzystego dla dalszej ewakuacji w głąb Rzeszy . Ponieważ w pobliżu Strzegomia znajdowały się już czołówki radzieckie, SS-mani -niewiedząc, co z więźniami zrobić - po prostu ich rozstrzelali, zwłoki zaś zakopali w rowie, którym prowadzono przewody kanalizacyjne.

Aussenkommanda i filie Gross-Rosen


Prócz swej funkcji "normalnej" i zasadniczej: izolowania i zagłady przeciwników politycznych - lagry zaczęły od 1942r. spełniać dodatkowo funkcję inną, nie mniej niż poprzednia dla hitlerowskiej Rzeszy ważną: funkcję gospodarczą. Obozy stały się rezerwuarem bezpłatnej siły roboczej. Niemieckie koncerny zbrojeniowe zaczęły przenosić swą produkcję do obozów (tak było np. w Buchenwaldzie) albo też obok fabryk już istniejących zakładano tzw. filie obozowe. O pracy więźniów w zakładach przemysłowych III Rzeszy zeznawał na swym procesie w 1947 r. szef Głównego Urzędu Administracyjno-Gospodarczego SS (WVHA) Oswald Pohl:

2. Z powodu rosnącego braku siły roboczej prawie wszystkie zakłady zbrojeniowe, zarówno przedsiębiorstwa będące własnością SS, jak i prywatne oraz państwowe, zwracały się do mego urzędu o robotników z obozów koncentracyjnych. Zakłady, które już zatrudniały więźniów, stale domagały się zwiększenia liczby zatrudnionych, [...]

4. Największymi pracodawcami więźniów obozów koncentracyjnych, według wielkości zatrudnienia, byli:
a) podlegająca mojemu urzędowi grupa przedsiębiorstw "C" -Budownictwo; przedsiębiorstwa te zajmowały się przenoszeniem zakładów przemysłu lotniczego do schronów podziemnych;
b) IG Farbenindustrie AG;
c) koncern zbrojeniowy Hermana Goeringa;
d) koncern zbrojeniowy Hugo Schneidera (HASAG);
e) różne firmy przemysłu lotniczego;
f) Brabag - koncern przemysłu węgla brunatnego i benzyny syntetycznej;
g) różne firmy i organizacje, z którymi stykałem się w okresie mojej działalności urzędowej ".


W roku 1943 kilka firm (m. in. Siemens oraz Blaupunkt) założyło swe warsztaty także na terenie lagru Gross-Rosen. Od czerwca 1943 firma Blaupunkt produkowała tu części do wojskowych aparatów radiowych, a w 1944 r. - jak podaje były więzień Janusz Pękała - uruchomiła tkalnię parcianych pasów dla Wehrmachtu. Ponieważ jednak teren obozu był za mały, aby ulokować na nim większe wytwórnie, zaczęła powstawać gęsta sieć podobozów, filii i Aussenkommand. Administracyjnie i organizacyjnie podlegały one wszystkie lagrowi w Gross-Rosen.
Firmy zabiegające o więźniów musiały wybudować dla nich pomieszczenia ściśle według instrukcji dotyczącej urządzania lagrów. Jeśli chodzi o nadzór nad więźniami, wiele firm kierowało swych cywilnych pracowników na odpowiednie kursy, po których skończeniu stanowili oni - już w mundurach SS - "personel obsługi" podobozu. Gdy komendantura obozu orzekła, że podobóz został należycie zorganizowany, przedstawiciele firm przybywali do Gross-Rosen jak na targowisko niewolników i dokonywali wyboru więźniów do pracy. Obie strony - tzn. zarówno SS, jak i firmy - były zadowolone. Komendantura zyskiwała miejsce na nowe transporty, przemysł - bezpłatnego robotnika.
Gross-Rosen miał przeszło 40 filii. Nie sposób już dziś dokonać pełnego ich rejestru. W piśmie WVHA z 9 czerwca 1944, skierowanym do komendanta lagru w Gross-Rosen, wymieniono następujące filie:

1. Duramil Gesellschaft - Dyhemfurth-Fabrik [dzisiejsze zakładychemiczne "Rokita" w Brzegu Dolnym; praca m. in. przy produkcji gazów bojowych].
2. Duramil Gesellschaft - Dyhemfurth-Bau [praca przy rozbudowie fabryki, budowie schronów itd.].
3. Friedrich Krupp, Bertha-Werke - Fünfteichen [dzisiejsze Zakłady Samochodowe w Jelczu; około 4000 więźniów pracowało tu przy produkcji dział samojezdnych, ciągników artyleryjskich, armat itd.].
4. Phrix-Werke - Hirschberg; [albo:] Schlesische Zellwolle AG
[późniejsze zakłady włókien sztucznych w Jeleniej Górze; około 1000 więźniów pracowało tu w oddziałach najbardziej szkodliwych dla zdrowia; z powodu bardzo wysokiej śmiertelności często ich wymieniano].
5. Hochfrequenzforschung [filia prawie nie znana].
6. Hubert Land, Holzbau - Bunzlau [podobóz przy firmie budowlanej w Bolesławcu; były -więzień Gross-Rosen Janusz Pękała wspominał, że z Bolesławca mniej więcej co dwa miesiące wracały do obozu żywe trupy].
7. Getawendt - Reichenau bei Gablonz [filia przy zakładach włókienniczych koło miejscowości Jablonec w Czechach].
8. Dorries Füllern - Bad Warmbrunn.
9. Kramste, Mether und Prahne [filia obok zakładów Iniarskich w Kamiennej Górze].
10. Christoph und Unmach - Niesky [filia przy fabryce maszyn w Niesky].
11. Flugplatzbau - Brieg [Aussenkommando przy rozbudowie lotniska w Brzegu, woj. opolskie].
12. Elektroacustic KG - Namslau [filia w Namysłowie przy fabryce części do aparatów podsłuchowych].
13. Dynamit AG Nobel, Werk - Christianstadt.
14. Siemens und Halske - Gross-Rosen [Kommando zatrudnione na terenie obozu w produkujących części radiowe warsztatach Siemensa].
15. Der Baubevollmachtigte im Bez. d. Rue - Lager Paulbruck.
16. Der Baubevollmachtigte im Bez. d. Rue - Lager Kittiitzreben.
17. FAMO-Fahrzeug u. Motorenwerke - Breslau [Aussenkommando zatrudnione w fabryce produkującej m. in. silniki lotnicze oraz pojazdy wojskowe; późniejszy Dolmel we Wrocławiu].
18. Sonderbauvorhaben - Niederschlesien [tajne Kommando zatrudnione przy budowie bliżej nieznanych obiektów na Dolnym Śląsku].
19. Walter-Werke - Hartsmanndorf.
20. Deutsche Wollwarenmanufaktur GmbH - Grunberg [kilka filii przy zakładach włókienniczych w Zielonej Górze].
21. Askania-Werke - Hirschberg [filia przy fabryce przyrządów pokładowych do samolotów w Jeleniej Górze].
22. Christian Dierig AG - Langenbielau [Aussenkommando przy fabryce urządzeń elektrycznych w Bielawie].
23. Dynamit AG - Ludwigsdorf [filia w fabryce zbrojeniowej koło Kłodzka].


Jak wynika z wspomnianego pisma, pracowali w tych filiach wyłącznie mężczyźni, istniało jednak kilkanaście filii, w których pracowały także kobiety. Opłata, jaką firmy zatrudniające więźniów wnosiły do centrali obozów WVHA w Oranienburgu, była niewielka i wynosiła miesięcznie: za fachowca 5 RM, za robotnika niewykwalifikowanego 4 RM. Za połowę dniówki należność była o 50% mniejsza. Dzień pracy więźnia wynosił 12 godzin. Warunki panujące w filiach były niejednokrotnie gorsze niż w obozie macierzystym. Więźniowie nie otrzymywali lepszego jedzenia, dziesiątkowała ich natomiast dwunastogodzinna, a czasem i dłuższa, dniówka w najbardziej szkodliwych dla zdrowia warunkach. A że o to właśnie hitlerowcom chodziło, widać bodaj z wyjątków rozkazu, jaki Pohl skierował w 1942 r. do komendantów obozów i kierowników produkcji w fabrykach zatrudniających więźniów:

4. Odpowiedzialnym za zatrudnienie więźniów jest komendant obozu. Praca więźniów musi być w najbardziej dosłownym znaczeniu tego słowa wyczerpująca - w celu uzyskania najwyższej wydajności.
5. Czas pracy jest zupełnie nie ograniczony. Wyznaczą go komendanci obozów zależnie od struktury gospodarczej obozu i rodzaju prac, do których używam są więźniowie.
6. Wszystkie okoliczności ograniczające czas pracy (posiłki, zbiórki itd.) należy usuwać. Przemarsze więźniów tylko na posiłki sązabronione.
7. Pilnowanie więźniów i nadzór nad nimi w czasie pracy należy wyzwolić z obowiązujących obecnie, starych i sztywnych form postępowania. Z uwagi na późniejsze, powojenne zadania w okresie pokoju trzeba kształtować nowe formy służby wartowniczej. Trzeba używać psów, stosować posterunki konne, strażnicze wieże jeżdżące i ruchome przeszkody .


Twierdze, więzienia, areszty


Prócz różnego rodzaju lagrów istniała na Dolnym Śląsku wcale nie mniejsza ilość więzień i aresztów, przez które przeszły tysiące ludzi. Hitlerowskie więzienia - podlegające placówkom Gestapo lub nawet Schutzpolizei, policji porządkowej -mają równie haniebną opinię co obozy. Najbardziej osławiona była w naszym województwie twierdza kłodzka. W tej starej, XVIII-wiecznej twierdzy pruskiej hitlerowcy trzymali w czasie wojny swoich przeciwników politycznych - głównie Niemców: wojskowych i cywilnych. Chyba dlatego przylgnęła do niej nazwa: twierdza Kainowa.
Więzienie wojskowe zorganizowano tu w pierwszych latach wojny. Do roku 1943 podlegało ono Abwehrze i służbie wywiadowczej okręgu wojskowego we Wrocławiu, potem przeszło w ręce Gestapo i Reichssicherheitshauptamt (Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy). Dokładnych danych o ilości więzionych tam ludzi i o stosowanych torturach posiadamy niewiele. Jedynymi materiałami dowodowymi są relacje naocznych świadków, Polaków, którzy pracowali w nadziemnej części twierdzy, w przeniesionych w 1944 r. z łodzi do Kłodzka zakładach zbrojeniowych. Zakłady produkowały części do V-1 oraz urządzenia do aparatów elektrycznych dla lotnictwa i łodzi podwodnych. Polacy mieszkali w trzech lagrach w obrębie miasta, podczas pracy w twierdzy stykali się jednak z uwięzionymi tu Niemcami. Niejednokrotnie im pomagali, narażając się oczywiście na represje ze strony Gestapo. Leon Szafrański wspomina:
Najliczniejszą grupę pracujących i więzionych w twierdzy stanowili niemieccy komuniści, dezerterzy z Wehrmachtu oraz tzw. niepewni. Oni byli najgorzej traktowani. Morzono ich głodem, dziesiątkowano w licznych egzekucjach, całymi kompaniami więziono ich w najgłębszych lochach. Niedaleko bramy, od strony północnej, była katownia. Przez okratowane okna widziałem wielu mężczyzn w niemieckich mundurach wojskowych. Byli przykuci za ręce do ściany, a nogi mieli skute łańcuchami z dużymi kulami z żelaza. Pracowałem jako strażnik przeciwpożarowy, stąd miałem możliwość względnie swobodnego poruszania się po terenie twierdzy. Kiedyś podczas sprawdzania zegarów elektrycznych natrafiłem w podziemiach na kilka kompanii niemieckich żołnierzy. Zostali żywcem zamknięci do grobu. Przez pewien czas pracowałem w brygadzie "grabarzy". Na cmentarzu przy ul. Noworudzkiej kopaliśmy ogromne doły. Ciała przywożono na samochodach ciężarowych i na wozach. Układaliśmy je rzędem w dołach i zasypywaliśmy ziemią. [...] W roku 1945 rozpoczęły się niesamowite, jeszcze bardziej spotęgowane okrucieństwa: egzekucje były na porządku dziennym, głód zapanował jeszcze większy niż poprzednio, masowe transporty więźniów odchodziły w głąb Niemiec.


Podobny obraz "twierdzy Kainowej" wyłania się z relacji Teresy Piniarskiej, którą jako szesnastoletnią dziewczynę wywieziono do Kłodzka na roboty przymusowe. Pracowała ona jak, Szafrański w firmie AEG, przy montażu urządzeń podsłuchowych dla łodzi podwodnych oraz precyzyjnej aparatury do rakiet V.

Niemcy z tzw. lekkimi wyrokami pracowali na powierzchni twierdzy. Więźniowie z ciężkimi wyrokami byli stale zamknięci w podziemnych lochach. Część z nich była przykuta łańcuchami do ściany. Polacy - wykorzystując każdą sprzyjającą okazję - pomagali im. Przez judasza wrzucali do cel zapalone papierosy i kawałki chleba. Czasem zdarzały się tragedie: kiedy rzut się nie udał i przykuty do ściany człowiek nie mógł podnieść kawałka chleba. Przechodząc do pracy szliśmy koło więźniów z "wyrokami średnimi". Podrzucali oni nam listy, które my znowu wysyłaliśmy do rodzin. Pewnego razu usłyszałam jakieś dzwonienie. Zaintrygowana, wraz z grupą koleżanek wybiegłam przed blok. Naszym oczom ukazał się wstrząsający, nieludzki widok: pod eskortą uzbrojonego wartownika szedł, słaniając się, młody, może 16-letni chłopiec w niemieckim mundurze. Nogi miał skute łańcuchami, a obie ręce wyciągnięte przed siebie. Na przegubach rąk miał dwie okropne, wyżarte rany.


Tak rozprawiali się hitlerowcy z przeciwnikami z szeregów własnej armii. Ale los zwiezionych tu z całego kraju Polaków był również nie lepszy. Pracowali 12 godzin dziennie, z krótką przerwą obiadową.

Na gong ustawiali się w kolejce przed kotłami na terenie twierdzy. Obiad stanowiła zupa (cztery razy w tygodniu z obrzydliwie cuchnącej brukwi), a bochenek chleba starczać musiał 6 osobom na cały dzień. Mieszkali w prymitywnych, ordynarnych barakach w kilku obozach zorganizowanych na terenie miasta. Przez dziurawy dach lała się woda. W dwóch małych pokoikach, na piętrowych pryczach spały 54 kobiety. Oczywiście wszyscy byliśmy oznaczeni literą P, którą zawsze trzeba było nosić na ubraniach.


To znów wyjątek ze wspomnień Antoniny Nowackiej, również byłej pracownicy AEG. Mimo wszystko polscyniewolnicy "twierdzy Kainowej" wydawali w tych warunkach własną gazetkę. Nosiła tytuł "Pchła". Nie było to pisemko informacyjne, lecz satyryczne. Informacja pisana była raczej zbędna, bo kilka polskich dziewcząt pracowało przy montażu aparatów radiowych dla łodzi podwodnych, mogły więc- przebywając w specjalnych kabinach monterskich - słuchać do woli komunikatów radiowych, których treść potem wszystkim przekazywały. Z gazetki satyrycznej, kpiącej z Niemców w sposób aluzyjny, łatwiej się było poza tym w razie wpadki wyłgać. Kilka egzemplarzy "Pchły" przechowało się do dziś.


Więzienie - karne, sądowe, śledcze, dla młodzieży, a przynajmniej policyjne - posiadała prawie każda miejscowość Dolnego Śląska. Więzienia większe i bardziej znane istniały: w Boguszowie, Dzierżoniowie, Jaworze, JeleniejGórze, Kamiennej Górze, Kłodzku (prócz twierdzy), Legnicy, Lubaniu, Lubiniu, Lwówku Śląskim, Miliczu, Oleśnicy, Sycowie, Ścinawie, Świdnicy, Wałbrzychu itd. Najbardziej znane, a równocześnie najgorsze, mieściło się przy Kletschkaustrasse 31 (Kleczkowska) we Wrocławiu. Poza tym miał Wrocław więzienie przy Freiburgerstrasse 1 (Świebodzka) i Eichbomstrasse 3/4 (Druckiego-Lubeckiego), ale to były zaledwie "podręczne przechowalnie". Niesławna kariera więzienia na Kletschkaustrasse zaczęła się z chwilą wybuchu wojny. Nie idzie tu tylko o zmianę szyldu (z więzienia śledczego i dla młodzieży przemianowano je na więzienie karne), ale o fakt, że na Kleczkowskiej ścinano ludzi. Od roku 1939, jak wynika z odnalezionych niedawno dokumentów, działała tam gilotyna wrocławskiego Gestapo. Pod gilotyną przy ul. Kleczkowskiej zginęło 775 osób: 380 obywateli Czechosłowacji, 264 Polaków, 100 Niemców, 13 Francuzów, 13 Rosjan, 2 Austriaków, Włoch, Hiszpan i Jugosłowianin. Do tego odkrycia doprowadził przegląd aktów zgonu byłego niemieckiego III Obwodowego Urzędu Stanu Cywilnego we Wrocławiu za okres: od jesieni 1939 do końca roku 1944. Nie jest to zestawienie kompletne, brakuje bowiem wśród aktów kilku ksiąg z r. 1943 (który był w dziejach więzienia rokiem najkrwawszym) oraz z ostatnich miesięcy panowania hitlerowców we Wrocławiu w roku 1945. Pierwszym ściętym przy Kleczkowskiej obywatelem polskim była robotnica rolna Maria Adamska ze Skokowej. Zginęła 23 grudnia 1939, o godz. 5 minut 40. W pół godziny potem dokonano egzekucji na Walerii Mierzwie z powiatu gnieźnieńskiego. Przynależność zawodowa zamordowanych Polaków wygląda według aktów zgonu następująco: 87 robotników, 50 rzemieślników, 28 robotników rolnych i leśnych, 24 urzędników, 21 ślusarzy, elektryków i mechaników, 7 górników, 6 redaktorów, drukarzy i rysowników, 4 inżynierów i techników, 2 nauczycieli. Więzienie przy Kleczkowskiej podlegało wrocławskiemu Gestapo. Stale przebywało tu 2000-2500 ludzi. Warunki panowały straszliwe: głód, tortury. Jedną z nich było tzw. Baumhangen, wieszanie za ręce związane do tyłu. Część więźniów zatrudniano przy wyplataniu wyrobów z wikliny. Kto nie wykonał przy tym wysokiej normy, pozbawiano go i tak już głodowej racji żywności. Przegląd niemieckich akt zgonu ujawnił, że i w pozostałych dwóch więzieniach wrocławskich zginęło wiele osób. W oficjalnych aktach jako przyczyny ich śmierci podawano nazwy różnych chorób (np. Tuberkulose - gruźlica, Herzschwache - osłabienie serca, Aderverkalkung - zwapnienie żył), byli więźniowie podważają jednak prawdziwość tych adnotacji. Panuje zgodna opinia, że zmarli nie przetrzymali po prostu tortur gestapowskich sadystów. W latach 1941-1944 zginęło w ten sposób przy ul. Świebodzkiej 68 więźniów, przy ulicy zaś Druckiego-Lubeckiego - w latach 1942-1943 - 25 więźniów. Między nimi burmistrz Brukseli Leonis Schmidt.



/ / /
Festung | 2005-09-29 11:48:51
Dla chcących zgłębić losy KZ Gross Rosen polecam książkę autorstwa wieloletniego więźnia obozu, Mieczysława Mołdawy, pt. " Gross Rosen obóz koncentracyjny na Śląsku". Książka jest raczej trudna do zdobycia, chociaż jakiś czas temu widziałem ją w Allegro. O jej wznowieniu można tylko pomarzyć- dzisiejszy kurs polityki nie sprzyja takim wydawnictwom. Trochę fotek z tej książki jest umieszczonych na stronie. Mam pewne osobiste związki z tym najstraszliwszym ze wszystkich obozów III Rzeszy poprzez brata babci ( wujka?), który przeżył obozowe piekło. Wujek mówił, że przeżył dzięki nadziei, a był nią odległy pomruk rosyjskiej artylerii, zdobywającej kolejne tereny Dolnego Śląska. Najlepiej słychać było ją nocą- więźniowie przykładali uszy do zamarzniętej ziemi i nocami nasłuchiwali swojej nadziei. To ich trzymało przy życiu i wielu, w tym mój wujek, przeżyło. Na marginesie dodam, że parę lat po wojnie zginął tragicznie z rąk swoich oswobodzicieli. Zmarł we Wrocławiu, potrącony na ulicy przez samochód, prowadzony przez pijanego żołnierza Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej. Taki chichot historii.
albert | 2005-09-29 13:49:03
Bez przesady z tym kursem polityki, dzisiaj każdy może wydawać to co chce, pod warunkiem że znajda się chętni by to kupić.
Festung | 2005-09-29 16:36:20
Teoretycznie masz rację. Proszę jednak pamiętać o istnieniu pewnej b. czujnej instytucji. Jest nią ambasada Bundesrepublik Deutschland.
wito-Administrator | 2005-10-01 20:13:19
Słyszałem o problemach z wydaniem książki o Ukraińcach i Polakach.
Festung | 2005-10-01 22:14:32
Podobna historia była w czasie wizyty prezydenta Kwaśniewskiego na Ukrainie ( w czasach Kuczmy): wskutek protestu ambasady ukraińskiej na gwałt zdjęto z anteny telewizyjnej film pt. „ Ogniomistrz Kaleń”.
wito-Administrator | 2005-10-03 22:04:17
Pan Pająk na swojej stronie wspomina o podobozie w okolicach Milicza, ale poza tym o UFO więc ile w tym prawdy?
Festung | 2005-10-09 00:24:01
Wg informatora encyklopedycznego, opasłego i b. starannie wydanego dzieła zat. " Obozy hitlerowskie na ziemiach polskich 1939- 1945" wydanego nakładem PWN, obóz w Gross Rosen posiadał 206 podobozów. Jak ustalono, 81 znajdowało się na obecnych ziemiach polskich, 115 na terenie Czech, a 10 w Niemczech. Pierwszy podobóz Arbeitslager Breslau Lissa założono w Leśnicy latem 1942 r. Wszystkie podobozy, które znajdowały się w Polsce, są szczegółowo opisane. Właściwie trudno znaleźć większą miejscowość D. Ś, w której nie byłoby filii obozu G. R. Najwięcej podobozów było na ziemi wałbrzyskiej- określano je w tajnej korespondencji kryptonimem Riese. Pozostałe rozmieszczono głównie na ziemi jeleniogórskiej. W samym Wrocławiu były 4 filie: w wymienionej na wstępie Leśnicy, na terenie Pafawagu, Dolmelu i na Psim Polu. Poza filiami obozu G. R. we Wrocławiu było 36 miejsc w których więziono ludzi. Były to obozy pracy, odziały robocze jeńców ( głównie radzieckich, choć np. w gazowni na Tarnogaju pracowali jeńcy brytyjscy ),więzienia karne i śledcze, areszty policji bezpieczeństwa oraz obozy przejściowe. Z tych ostatnich największym był obóz sołtysowicki, mieszczący się w barakach koło cukrowni, przy ul. Sołtysowickiej i Poprzecznej. Przez Durchgangslager Breslau- Burgweide przeszło ok. 10 tysięcy osób różnej narodowości, w tym kobiety i dzieci. W obozie panowała duża śmiertelność, zwłaszcza wśród dzieci. Patrząc na Wrocław dobrze byłoby uświadomić sobie, że jest on ogromnym cmentarzem, dziesiątek tysięcy, przeważnie bezimiennych ofiar nazizmu. Warto także mieć w pamięci, że często podziwiane sukcesy cywilizacyjne Niemców, są w dużej mierze dziełem katorżniczej pracy mas niewolników, głównie Słowian- Polaków i Rosjan.
Tygrysex | 2005-10-02 19:00:23
Hmmm. Na pewnej stronie internetowej znalazłem informację o obozie na Psim Polu. ("Potem spędziłem x miesięcy w obozie na Psim Polu"). Ktoś ma więcej informacji na ten temat ?